Pochodzę z Częstochowy, Ukrainy i Łodzi!

Wyróżniony

Pochodzę z Częstochowy, Ukrainy i Łodzi!Rozmowa z Arturo Ripsteinem, reżyserem meksykańskim, laureatem FIPRESCI  Platinum Award 2019

Pana dziadkowie pochodzą z Polski i Ukrainy, tak?

Moi dziadkowe ze strony ojca pochodzą z Częstochowy, a jeden z nich miał tam fabrykę świec. W żydowskiej rodzinie miał zatem wysoką pozycję społeczną w mieście kultu Matki Boskiej i cudownego obrazu, przy którym palą się tysiące świec. Ale dziadek wyjechał do Meksyku, gdzie wcześniej zamieszkał jego brat. Zabrał tam potem swoją dziewczynę, z którą ożenił się już na miejscu. Urodziło im się 4 dzieci. Z kolei ze strony mamy dziadkowie pochodzą z Ukrainy, ale ich historia jest mocno poplątana. Najpierw wyjechali do USA, potem do Meksyku, gdzie babcia poznała Rosjanina, za którego wyszła za mąż i urodziła moją mamę. Babcia była niezwykłej urody, poznała tu pewnego człowieka, który został jej kochankiem. Po pewnym czasie rozeszła się z dziadkiem i poślubiła kochanka. A pochodził on z... Łodzi!

To Pana pierwsza wizyta w Łodzi?

Pochodzę z Częstochowy, Ukrainy i Łodzi!Tak. Parę lat temu byłem w Warszawie, ale tylko kilka dni, podobnie jak tutaj podczas Festiwalu Transatlantyk – jutro już wyjeżdżam. Bardzo mi się Warszawa podobała, a Łódź też jest piękna. Dzisiaj zwiedzaliśmy Szkołę Filmową, która zrobiła na mnie ogromne wrażenie. To fascynujące miejsce i czuję żal, że tu nie studiowałem! Gdy zaczynałem karierę w Meksyku, nie było tam szkół filmowych. Moje studia polegały na oglądaniu filmów i czytaniu książek. A tu macie wszystko, co jest potrzebne do nauki tego zawodu. Mnóstwo sal, pomocy naukowych, przestrzeni. Bardzo wam tego zazdroszczę!

Na spotkaniu w Cinema City opowiedział Pan o swoich inspiracjach Westernem i Johnem Fordem. „Dyliżans” z Johnem Wayne obejrzałem kilkadziesiąt razy...

Pochodzę z Częstochowy, Ukrainy i Łodzi!To jeden z moich największych mistrzów, człowiek, od którego można się ciągle uczyć. Jego filmy trzeba obejrzeć wszystkie i to wiele razy, aby pojąć, jak solidną mają narrację filmową. I też uwielbiam Johna Wayne – „Dyliżans” obejrzałem chyba 80 razy!

Wspomniał Pan też o związkach z Luisem Buńuelem.

Zawsze mnie z nim wiążą, bo Wikipedia napisała, że byłem jego asystentem, co jest totalną bzdurą! Buńuel był przyjacielem mojego ojca, który był producentem filmowym. Zawsze podziwiałem Buńuela, ale nie należy on do moich ulubionych reżyserów. Kiedy kręcił „Anioła zagłady” poprosiłem go o możliwość podglądania jego pracy na planie filmowym i często kręciłem się w studiu podczas kręcenia filmu. Ale nigdy nie byłem jego asystentem, a po Wikipedii wszyscy dopatrują się podobieństw moich filmów do Buńuela. To całkowita nieprawda, moje filmy nie mają nic wspólnego z Buńuelem i łączy nas tylko to, że obaj pracowaliśmy w Meksyku!

Akiro Kurosawa też Pana inspirował...

Pochodzę z Częstochowy, Ukrainy i Łodzi!To kolejny gigant w moich doświadczeniach filmowych. Ma 5-7 najlepszych filmów, które w życiu widziałem – m.in. „Siedmiu samurajów”, „Rudobrodego”, „Ukryta forteca” i „Tron we krwi”.

A widział Pan „Siedmiu wspaniałych”?

Byłem nawet na planie filmowym tego filmu. Wszystkie sceny z wnętrz kręcono w Studio Filmowym Churubusco (dzisiaj nazywa się Televisa San Ángel), znajdującym się w jednej z dzielnic Miasta Meksyk. Wszystkie plenery kręcono w wioskach w Durango, Sonorze oraz Arizonie w USA. W Studio Churubusco też podglądałem, jak się robi filmy, poznałem tam Yula Brynera, Steve McQuena i Roberta Vaughna. Bardzo mi się film podobał, a jego reżyser John Sturges jest znakomity!

Czy nakręcił Pan Western?

Tak. „Czas umierania” w 1965 r. w Churubusco i plenerach w Michoacan. Film oparty jest na opowiadaniu Gabriela Garcii Marqueza, a scenariusz do niego pisali wspólnie Garcia Marquez i Carlos Fuentes.

Z Garcia Marquezem wielokrotnie Pan później współpracował.

Zrobiłem w sumie trzy filmy na podstawie jego książek, a w 1999 r. w oparciu o jego opowiadanie nakręciłem „Nie ma kto pisać do pułkownika”. Niezbyt mnie lubił, a po obejrzeniu filmu na kolaudacji wstał i wyszedł bez słowa. Jedyne, co zauważyłem podczas projekcji, to w pewnym momencie podniósł okulary i palcem wytarł spod oka łzę. Więcej z nim filmów nie robiłem.

Na spotkaniu mówił Pan też o innych wielkich pisarzach Meksyku – Octavio Paz, Juan Rulfo, którego „Pedro Paramo” znam prawie na pamięć, i Carlosie Fuentesie, który napisał rewelacyjną „Aurę”.

To kamienie milowe meksykańskiej literatury. Chciałem kiedyś sfilmować „Aurę”, ale okazało się, że prawa autorskie kupił Damiano Damiani, który na tej podstawie nakręcił w 1966 r. film „La strega del amore” („Zakochana wiedźma”). Syn Fuentesa też kiedyś chciał sfilmować „Aurę”, ale zmarł przedwcześnie. Bardzo mi się książka podobała, ale nie udało mi się jej sfilmować.

Wróćmy na chwile do mariachis, o których pytałem Pana podczas spotkania w Cinema City. Dlaczego Pan ich nie lubi?

Bardzo lubię meksykański folklor, ale mariachis to wymysł meksykańskiego radia w latach 1940. To żaden folklor! Ci prawdziwi grali na gitarach, harfie , kontrabasie i skrzypcach, ale właściciel stacji kazał im dołożyć trompę, co było dobrym pomysłem na muzykę, ale dla mnie to ogłuszające – w restauracjach podchodzą do stolika i trąbią prosto w uszy, czego nie lubię!

Moi rodzice uwielbiali Javiera Solisa, i jak byliśmy kilka lat w Caracas, kupili prawie wszystkie jego płyty...

Miał wyjątkowo potężny głos, bardzo go też lubiłam, a nawet poznałem osobiście. Niestety, zmarł przedwcześnie, to wielka strata dla Meksyku.

Plany na przyszłość?

Parę tygodni temu skończyłem film, więc teraz odpoczywam. Nazywa się „Diabeł między nogami”, ale zaznaczam: to nie jest film porno!

Bardzo dziękuję za rozmowę i życzę kolejnych nagród.

Jerzy Mazur

(0 głosów)
Wyświetlony 441 razy
Oznaczone pod :

Skomentuj

Upewnij się, że wymagane pola oznaczone gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.