Rzuciła, aby odnaleźć

Wyróżniony

Rozmowa z Gosią Kardzis, autorką książki „A gdyby tak rzucić wszystko?”

Rzuciła, aby odnaleźćJak Ci się mieszka w Meksyku?

Kolorowo, radośnie, smacznie i spokojnie. Mówi się, że w zdrowym ciele zdrowy duch, a tam jest smaczne i zdrowe jedzenie, natura sprzyja ruchowi – są piękne, szerokie plaże, często kilometrami puste; wystarczy wyjechać kawałek poza miasto, w którym mieszkamy, a wszędzie jest mnóstwo tych plaż. Jesteśmy tam już dwa i pół roku.

Rzuciła, aby odnaleźćOstatnie pół roku poświęciłaś na swoją książkę...

Praca nad książką pochłania tyle czasu, co praca na etat;  zdecydowałam się wydać ją sama, więc miałam mnóstwo spraw związanych z załatwieniem druku, promocją, szukaniem korekty, redaktora; wszystko to zajmowało dużo czasu, choć oczywiście dawało dużo radości.

Warto było rzucić wszystko?

Zdecydowanie! Teraz zrobiłabym to dużo szybciej, ale nie żałuję, bo te dwa i pół roku były dla mnie tak kwieciste i bogate w doświadczenia i emocje, że na nic bym tego nie zamieniła.

Rzuciła, aby odnaleźćByła to życiowa rewolucja, miałaś ustabilizowane życie na wysokim poziomie, osiągałaś sukcesy zawodowe. Warto jednak było?

Wszystko jest kwestią priorytetów. Są ludzie, dla których bezpieczeństwo finansowe jest głównym celem, myślałam, że ze mną jest dokładnie tak samo, ale zrozumiałam, że to nie daje życiu kolorytu, więc muszę spróbować czegoś innego. Z tego punktu widzenia było warto!

Ostatnie zdanie książki sugeruje, że może będzie dalszy ciąg

Rzuciła, aby odnaleźćNie wykluczam, ale nie zakładam, że ta druga część szybko powstanie. Na razie jestem skupiona na tej, na jej sprzedaży i promocji.

Co Cię sprowadziło do Łodzi?

Serce bliskich mi ludzi. Mówi się, że korporacje są zimne, a tymczasem właśnie koleżanka stamtąd – cudowna Hania Spis z Łodzi zorganizowała mi takie spotkanie.

Dziękuję za rozmowę i życzę kolejnej książki!

Jerzy Mazur

Jak rzucić wszystko i przetrwać

Wiele razy sam o tym myślałem, ale wciąż mnie coś zatrzymywało – kolejne żony, dzieci i redakcje. Dotrwałem do zasłużonej emerytury i teraz też mnie korci, aby rzucić wszystko i zacząć składać modele drewnianych statków. Mam już „Santa Marię”, a czekają „Pinta”, Niña”, „USS Constitution” „Spanish Galleon”, „King of the Mississippi” i parę innych perełek...

Rzuciła, aby odnaleźćPo spotkaniu z Gosią Kardzis wiedziałem, że muszę jej książkę przeczytać. Połknąłem jednym tchem. Kończyłem Iberystkę i Polonistykę na UW, naczytałem się Marqueza, Cortazara, Borgesa i Joyce`a, już na studiach uprawiałem krytykę literacką i pisałem recenzje do „Literatury”, „Nowych Książek”, „Literatury na świecie” i „Kontynentów”, które zaraz po dyplomie wzięły mnie na etat, i gdzie dopiero Ela Dzikowska i Rysiek Kapuściński nauczyli mnie pisać. Rysiek – byliśmy na Ty już od studiów, bo byłem na roku z Zojką, jego córką – pisał wtedy „Cesarza” i poprosił mnie, abym mu robił research o Etiopii. Redakcyjna młódź w każdej ówczesnej redakcji przechodziła ten etap pracy, ale ja byłem dumny, że robię to do TAKIEJ książki – czytaliśmy ją jeszcze w maszynopisie, który powstawał z rękopisu w sekretariacie naszej redakcji. Rysiek kilka razy ratował mi potem skórę, kiedy w stanie wojennym pisałem krytyczne teksty o komunistach w Nikaragui i Ameryce Łacińskiej, i zwalniali mnie z pracy. To właśnie wtedy chciałem po raz pierwszy rzucić wszystko – i niemal się udało: na środku mostu na Wiśle jadąc do domu w Gdańsku złamałem symbolicznie pióro i postarałem się o paszport do USA.

Zawsze chciałem kiedyś napisać takie zdanie: sprzedawałem litografie w Szwecji, malowałem domy w Paryżu, pucowałem mosiężne klamki w londyńskim hotelu, kelnerowałem w madryckiej knajpie, w której niegdyś gen. Franco zajadał się krewetkami w cieście, ale dopiero sprzątanie miotłą ulicy w Chicago przed sklepem, w którym byłem stockmanem (ktoś, kto z piwnicy dostarcza towar na lady), nauczyło mnie pokory wobec świata. I gdyby komuniści dali wtedy paszport mojej żonie i córce, może do dziś mieszkałbym w USA. Ale nie dali i wróciłem.

Rzuciła, aby odnaleźćMiało być o Gosi, a rozpisuję się o sobie. Bo ta książka zmusza czytelnika do takich refleksji. Każdy miał kiedyś „doła”, wyrzucali go z roboty, odszedł mąż lub żona, dzieci wylatywały z gniazda. Nie każdy miał taką szansę, jak ja po 10 latach spędzonych w Afryce, Ameryce Łacińskiej, zachodniej Europie i USA, i jak Gosia z pokaźnym kontem po kilku latach w korporacji i furą utytułowanych znajomych. „Doły” i stresy mamy takie, jakie sobie latami wyhodowaliśmy. Nie wszyscy sobie z tym radzą, Gosia pokazuje, jak to sama zrobiła. Z dyskrecją i literackim wdziękiem, który zadziwia u byłego szkoleniowca i coacha korporacji. Świetnie spisana opowieść i wiwisekcja stanów ducha i umysłu, która każdemu da coś innego – a to receptę na kryzys i stres, podpowiedź jak się dogadać z córką, matką i partnerem, jak przyrządzić tortillę czy wyszydełkować bikini w stylu art déco.

Gosiu, chapeau bas!

Jerzy Mazur

 

 

(0 głosów)
Wyświetlony 774 razy

Skomentuj

Upewnij się, że wymagane pola oznaczone gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.